Sto historii

Z Japonii wyleciałam dokładnie 21 stycznia 2014 roku, i chciałam do niej wrócić już pierwszego dnia. Po wylądowaniu w Seulu przeżyłam mały szok kulturowy. W Japonii spędziłam jedynie 3 miesiące a zdążyłam się do niej bardzo przyzwyczaić, do jej spokoju, porządku, do czekania w kolejce do metra. Nie mogłam się nadziwić dlaczego Koreańczycy są tacy głośni. Do tego rozmawiają przez telefon w metrze! Oburzające ^ ^

Powoli oswajałam się z innym otoczeniem, ale wiedziałam że pewnego dnia wrócę do Kraju Wschodzącego Słońca. Wraz ze zbliżającym się końcem 2014 roku postawiliśmy z Kubą zaplanować przyszły, 2015 rok. Po długich rozmowach i pojawiających się promocjach lotniczych kupiliśmy bilety do Tokio, w jedną stronę. Mieliśmy zostać w niej do… września. Z przerwą na Koreę (do której Kuba bardzo chciał wrócić, a i ja z chęcią zjadłabym świeże kimchi). Planowaliśmy brać udział w WWOOF, Helpx albo Workaway czyli pracować w zamian za noclegi i wyżywienia. Kuba miał w końcu spełnić swoje marzenie- napisać książkę, a ja uczyć się japońskiego.

Tydzień przed wylotem Kuba dostał ofertę pracy a ja zaczęłam rozważać decyzję o wylocie. Naprawdę nie chciałam lecieć sama. Kuba pracę dostał, a ja jednak lotu nie odwołałam. I cieszę się, bo żałowałabym później tej decyzji.

Ale od początku wszystko szło nie tak jak powinno. Zatrułam się jedzeniem podanym w samolocie, nie mogłam wybrać pieniędzy z bankomatu (ani dodzwonić się do banku), a to host niespodziewanie napisał, że jednak nie może mnie przenocować (przeczytałam to dopiero lotnisku). Wsiadłam nie w ten pociąg co chciałam, nie mogłam znaleźć hostelu, męczył mnie jetlag (przykre uczucie być niesamowicie zmęczonym i nie móc spać), a pierwszego poranka obudziłam się z gorączką! Pięknie!

Najchętniej pierwsze dni bym przeleżała, ale byłoby to bardzo głupie i po dawkach gripexu wyruszałam przed siebie. Pierwszy tydzień przebywałam w Tokio z krótką wizytą w Yokohamie i tylko upewniłam się jak bardzo uwielbiam to miasto. Dużo czasu spędziłam w Akihabarze, spacerowałam małymi uliczkami po Asakusie przyglądając się przeróżnym budynkom mieszkalnym , podobno z tej dzielnicy pochodzą najstarsze tokijskie domy (niektóre były naprawdę interesujące!). Wzięłam udział w Festiwalu Śliwek w Parku Shiba, podczas którego miałam przyjemność zobaczyć ceremonię parzenia herbaty i posłuchać gry na Koto. Oglądałam ubrania na Takeshida Dori, chodziłam po parku Yoyogi, gdzie wiele ludzi ćwiczyło grę na instrumentach (był nawet pewien obcokrajowiec grający na kobzie!) i po prostu delektowałam się tym, że jestem w Japonii. Czasem tylko siedziałam na ławce i się przyglądałam ludziom. Bo to oni najbardziej mnie w tym kraju intrygują. Lubię słuchać o czym rozmawiają (a przynajmniej wyłapywać słówka, które znam), lubię patrzeć jak są ubrani, lubię oglądać jak się kłaniają, jak się śmieją… Już sam dźwięk japońskiego języka powoduje, że mam lepszy humor.

Większość czasu jednak spędziłam na spotkaniach ze znajomymi. Spotkałam się z Hirokim, którego poznałam w Toruniu. Obydwoje byliśmy gośćmi mojej przyjaciółki. Zjedliśmy razem obiad w chińskiej restauracji, z pysznym ramenem i gyozą a potem przechadzaliśmy się po Shibuyi z piwem w ręku, bo Hiroki wyszedł z założenia, że skoro jestem Polką to cieszy mnie fakt legalnego picia alkoholu na zewnątrz 😉

Z Miką, którą poznałam rok temu poszliśmy do Genki Sushi i była to moja pierwsza wizyta w kaiten sushi. Kaiten – zamawiane sushi na ekranie przyjeżdża na małych talerzykach Za dwa kawałki sushi (w zależności od rodzaju) płaci się około 120 jenów, czyli niewiele ponad 3,5 złotych. Dodatkowo, jak to zwykle bywa w japońskich restauracjach, herbata jest za darmo! Uwielbiam to. W centrum Tokio można zjeść sushi za 3,5 zł i pić pyszną zieloną herbatę do woli. Zdziwiło mnie, że można było tam zamówić Hamburger sushi, ale nie wiem czy ktoś się kiedykolwiek skusił….

Na koniec wieczoru udaliśmy się z Miką do budki do robienia zdjęć. Tzw. purikura. Niby zwykła budka do robienia zdjęć, ale miejsca w niej dość sporo do tego można wybrać różne rekwizyty. Najlepsza część jednak jest dopiero na samym końcu, bo można swoje zdjęcia przerobić. Wybiera się szablon, ramkę i różne inne takie. Można dodać znaczki, napisy, serduszka, rogi itp. Zdjęcia mają również przeróżne filtry, przede wszystkim rozjaśniana jest twarz, a oczy zostają powiększone. I tak oto dzięki takiej purikurze nie poznała mnie własna mama 😉

Purikura

Niezwykle ciekawym spotkaniem dla mnie było spotkanie z Shogiem i Yuminą, z którymi mieszkałam przez miesiąc w Hitachinace podczas mojego wolontariatu. Obydwoje uczą się i pracują w Tokio. Świetnie było powspominać dawne czasy i dowiedzieć się co się u nich przez ten rok wydarzyło.

Próbujemy zrobić selfie

Cztery noce spędziłam u znajomego hosta Seiichiego. Jego angielski znacznie się pogorszył, więc miałam wyzwanie żeby się z nim dogadać, ale nie przeszkadzało mi to w spędzaniu z nim czasu. Jest to niesamowicie miły człowiek, który zaprasza ludzi do swojego naprawdę małego mieszkanka. Żeby rozłożyć swój futon musiałam rozsuwać różne kartony (nie ma szafy), składać krzesła, – trochę jak zabawa w tetrisa. To z nim pojechałam do Yokohamy, i to on napisał mi w listopadzie o pewnym projekcie, w którym biorę udział. W projekcie, dla którego ostatecznie zdecydowałam się do Japonii przyjechać.

100 stories, czyli 100 historii to projekt zorganizowany przez Hoshino Resort- sieć ekskluzywnych hoteli spa. Poszukiwali oni stu obcokrajowców, którzy chcieliby wybrać się do Japonii i opowiedzieć o swoich przygodach. „Hoshino Resorts believes that travels is the magic that brings the world together as friends. Based on the concept, Hoshino Resort hopes to demonstrate the endless possibilities of travel by asking young people from around the world to write real-reports on their travels in Japan, what they learnt on their journeys, and how they now see the country its locals.” 

Aby wziąć udział w rekrutacji trzeba było odpowiedzieć na kilka pytań (np. dlaczego chciałbyś przyjechać do Japonii, czym się zajmujesz itp.) a także nagrać krótki film przedstawiając się. Trzeba było wybrać również interesującą nas destynację (do wyboru było między innymi Hakone, Aomori, Okinawa, Nagano…) Ja zdecydowałam się na Nikko. Nie bardzo wierzyłam, że mnie zaakceptują. Kiedy dostałam od nich mail nie otwierałam go przez dwa dni, bo byłam pewna, że dziękują mi bo wybrali kogoś innego. Zdecydowałam się jednak otworzyć i nie mogłam uwierzyć swojemu szczęściu! Wybrali mnie!

Uczestnikom projektu Hoshino Resort zapewnia trzy dniowe zakwaterowanie z wyżywieniem. Trzy dni to niedużo, ale jedna noc w tym hotelu kosztuje ponad tysiąc złotych a jedzenie kaiseki jest bardzo wyszukane i drogie. Oprócz tego, opłacają 5 dni karnetu na pociągi JR, tzw. JR East Pass, który kosztuje około 700 zł. Przez 5 wybranych przez siebie dni mogę sobie jeździć pociągam JR do woli, w tym shinkansenami. Gdyby nie ten projekt istnieje duża szansa, że zrezygnowałabym z wyjazdu. Cieszę się, że tego nie zrobiłam. Cieszę się, że przyleciałam do Japonii. Cieszę się, bo Japonia jest niesamowita i czuję, że spełniam swoje marzenia.

Advertisements

9 thoughts on “Sto historii

  1. Jowita, cudownie! Aż sama się ucieszyłam z Twojego szczęścia 🙂 Brzmi to wszystko doskonale, mam nadzieję, że będzie przednio 🙂 na marginesie, też bym tego maila długo nie otwierała!

  2. Pingback: Park Śnieżnych Małp Jigokudani | Polacos de Polonia

  3. Pingback: Gdy kwitną wiśnie | Polacos de Polonia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s