Guandong – tam, gdzie chowało się przed nami słońce

W Shenzhen trochę się zestresowaliśmy. Na początku Jowita miała niefajną przygodę w toalecie. Chińczycy prawdopodobnie nie wygraliby złotego medalu w zawodach w zorganizowanym czekaniu w kolejce, ale trzeba im przyznać, że nawet po kilku tygodniach w państwie środka potrafili nas zaskoczyć. Pani, której na pewno bardzo się śpieszyło, energicznie jak młoda kangurzyca wskoczyła przed Jowitą do toalety. Moja żona po krótkiej walce na polskie i chińskie okrzyki dała się pokonać, pozostał jednak uraz psychiczny.

Potem nie było lepiej, bo okazało się że postanowiłem się odwdzięczyć za miłą gościnę Ting, naszej chińskiej gospodyni z Xiamen zostawiając jej nasz telefon. Jedyny problem polegał na tym, że zrobiłem to nieświadomie a jedyne dane na temat naszej następnej gospodyni miałem w telefonie. Można byłoby do niej zadzwonić i poinformować o tej sytuacji, ale telefon został w Xiamen. Zresztą numer do dziewczyny u której mieliśmy spać w Shenzhen również zapisałem tylko w telefonie – który, jak zapewne już pamiętacie – został w Xiamen!

Dzięki mieszance naszego własnego podróżniczego doświadczenia, Internetu w Starbucksie i bardzo przyjaznego Afrykańczyka z rajskiej wyspy Mauritius spotkanego przy wyjściu z metra udało nam się opanować sytuację. Specjalne podziękowania należą się sieci Starbucks, w Chinach korzystaliśmy z łazienki w Starbucksie kiedy tylko się dało, bo zawsze była czysta i z mydłem! Jak ignoranci śmialiśmy się z tabliczek „nie kucać na muszli”, potem dotarło do nas, że jeśli ktoś kucał w kibelku całe życie, nie tak łatwo porzucić nawyk (w Guangzhou zobaczyliśmy ślady butów na muszli).

W samym Shenzhen, trzeba przyznać, za wiele nie zobaczyliśmy. Nie chciało nam się oglądać wieżowców, bo Chiny i tak przytłaczały nas ogromem wszystkiego. Chcieliśmy zobaczyć morze, ale byliśmy zbyt leniwi żeby pojechać na plażę, więc postanowiliśmy spacerem dojść do jakiejś promenady albo czegoś w tym rodzaju, pochodzić trochę. Shenzhen okazało się jednak o wiele większym miastem niż myśleliśmy (czy my się niczego w tych Chinach nie nauczyliśmy o Chinach!?). Trochę zabłądziliśmy – było natomiast dużo gorącego słoneczka : ) (w końcu!!!).

To czego doświadczyliśmy w Shenzhen to ciekawi cudzoziemcy – pomijając pana z Mauritiusa, który wyglądał trochę jak brat bliźniak Boba Marleya. Nasza gospodyni była Ormianką mówiącą po Armeńsku, Angielsku, Hiszpańsku, Rosyjsku, Grecku i …Polsku : )) jej kolega natomiast był pochodzącym z Turcji Syriakiem (przedstawicielem starożytnego ludu zamieszkującego Bliski Wschód od czasów biblijnych). Był chrześcijaninem posługującym się językiem aramejskim i na naszą prośbę wypowiedział słowa modlitwy „Ojcze Nasz” po aramejsku – tak jak zrobiłby to Pan Jezus. To było głębokie doświadczenie, kto mógłby pomyśleć, że usłyszymy aramejski po raz pierwszy w Chinach!?

Nasz kolejny przystanek to Guangzhou. Inna nazwa tego miasta to Kanton. Być może słyszeliście o języku kantońskim, popularnym na południu Chin i znanym z filmów kung-fu. O ile w głównej, mandaryńskiej wersji Chińskiego są 4 tony, w kantońskim ponoć jest 9! Nie wyobrażam sobie nauczyć się języka który ma 9 tonów, nawet gdybym uczył się go całymi dniami bez przerwy. Moje polskie uszy po prostu nie odróżniają tych dźwięków.

W Guangzhou spotkaliśmy się z grupą couchsurferów z całego świata, poszukaliśmy rodzinnego domu Bruce’a Lee, zobaczyliśmy starożytny grobowiec z pośmiertnym strojem pogrzebowym króla Nanyue – Zhao Mo wykonanym z jadeitu (miał zapewnić nieśmiertelność) i kolonialną wyspę Shamian. Mieszkaliśmy w Guangzhou na zamkniętym prywatnym osiedlu. Ciekawostką było, że bardzo liczni strażnicy osiedla byli wcześniej pracownikami państwowego gospodarstwa rolnego, które znajdowało się wcześniej na terenie budowy osiedla. Developer zobowiązał się znaleźć dla nich pracę. Robili więc bardzo poważne, pełne autorytetu miny, jednak sytuacja była absolutnie komiczna, ponieważ na osiedlu mieszkało mnóstwo cudzoziemców, a strażnicy nie zupełnie nie dogadywali się w żadnym języku obcym, więc wszystkich nie wyglądających na Chińczyków po prostu wpuszczali do środka, żeby uniknąć krępujących trudności w komunikacji. Podobało nam się też, że mogliśmy zjeść kolację z naszym hostem – włoskim piekarzem, który mieszkał w Chinach już od wielu lat.

Niektóre z jego uwag na temat tego kraju poparte jego własnymi doświadczeniami wydały nam się bardzo ciekawe. Jego zdaniem, wielki mur chiński powstał, ponieważ inżynier kierujący budową toalety publicznej na północy Chin zapomniał powiedzieć robotnikom że mają już skończyć – więc budowali, budowali, budowali…  W tej koncepcji nie chodzi bynajmniej o to, że Chińczycy są głupi, ale o to, że wymagają zdecydowanego przywództwa by cokolwiek dobrze funkcjonowało. Na koniec oczywiście obraziliśmy naszego gospodarza – sugestią że makaron mógł trafić do Włoch z Chin 😀 Okazało się, że był to temat na kolejną dyskusję, długą jak nitka spaghetti na talerzu Marco Polo.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s