Tożsamość Szanghaju

Gdyby Szanghaj był mężczyzną, byłby pewnie w eleganckim garniturze z czarną  skórzaną teczką i komunikatywnym angielskim.


Podróż do Szanghaju była podróżą do innego sposobu życia, bardziej uporządkowanego, bardziej zachodniego. Gdyby Szanghaj był mężczyzną, byłby pewnie w eleganckim garniturze z czarną  skórzaną teczką i komunikatywnym angielskim. Wiele zwyczajów chińskich, do których tak ciężko było nam się przyzwyczaić jakby nagle zniknęły. Ludzie nie charczeli już głośno i nie pluli na chodnik – oczyszczanie gardła w ten sposób, wywodzi się ponoć z tradycyjnej medycyny chińskiej i towarzyszyło nam do tej pory bezustannie (również w Korei, w Japonii nie).

Przez ulicę można było przejść bez podwyższonego poziomu adrenaliny – w większości chińskich miast przechodzenie przez ulicę niezależnie od koloru świateł jest bardzo ryzykowne i wiąże się z realnym zagrożeniem bycia przejechanym przez samochód, motocykl, rower, rikszę i wiele pojazdów nie mieszczących się w tych kategoriach. Chińska jezdnia jaką znaliśmy z innych miast to z reguły walka o przetrwanie a dla chińskich kierowców, chyba również o honor, ponieważ każdy stara się udowodnić innemu że „on może” – wyprzedzić, wyjechać, wytrąbić.

Wreszcie w Szanghaju widać było mnóstwo obcokrajowców. Nawet samo miasto, przez jego architekturę przywodziło na myśl metropolię handlową zachodniego świata. Nie zaimponowało nam to ani trochę. Gdybyśmy chcieli oglądać takie rzeczy, nie musielibyśmy przecież jechać do Chin!

Poczuliśmy się jak ignoranci, bo chociaż Szanghaj jest ogromnym i sławnym miastem, w sumie nie mieliśmy pojęcia co chcemy tam zobaczyć. Ostatecznie wybraliśmy się popatrzeć na ogromne wieżowce w dzielnicy Pudong, do turystycznego Starego Miasta, gdzie było bardzo, bardzo tłoczno (stanowczo zbyt tłoczno!) i do całkiem przyzwoitego muzeum poczty szanghajskiej.  Udaliśmy się również do muzeum Szanghaju (ładna wystawa strojów chińskich mniejszości narodowych) gdzie przydarzyła nam się jedna zabawna sytuacja…

Żeby ją wyjaśnić, trzeba wspomnieć, że w Chinach od pierwszego dnia zwróciliśmy uwagę na wszechobecne środki bezpieczeństwa – podróżni kontrolowani są przy wejściach do metra czy na dworzec kolejowy. Z początku czuliśmy mieszankę trwogi i głębokiego respektu dla autorytetu munduru. Później jednak zorientowaliśmy się, że nie każda kontrola przeprowadzana jest równie skrupulatnie. Wręcz przeciwnie, 95% z nich jest tak powierzchowna i wykonywana w pośpiechu, że gdybym przenosił pod kurtką tuzin granatów i małą maczetę pewnie nikt by nie zauważył (niemniej bardzo często torby podróżnych są prześwietlane, wówczas rzeczywiście coś niebezpiecznego mogłoby zostać wykryte).

W szanghajskim muzeum spotkała nas kontrola najbardziej profesjonalna ze wszystkich. Pani strażniczka znalazła w torebce Jowity transparentną plastikową butelkę z podejrzanie wyglądającą, przeźroczystą cieczą. Na pierwszy rzut oka, ciecz wyglądała jak woda. Chinka była jednak czujna. Spojrzała raz jeszcze na Jowitę, potem na butelkę a potem poleciła krótko: „Wypij trochę”. Jowita nie wybuchła. Na szczęście, bo bym już nie miał żony.

Byliśmy zadowoleni, że naszym gospodarzem w Szanghaju jest Johan, Szwed mieszkający w tym mieście już od pewnego czasu (a więc jeszcze jeden cudzoziemiec). Wytłumaczył nam, że Szanghaj nie jest może bardzo interesujący dla turystów, ale jeśli pomieszka się w nim dłużej to człowiek uczy się odnajdywać naprawdę fajne miejsca. Johan zabrał nas na piwo do minibrowaru „Shanghai brewery”. Po raczej słabym smaku piwa w Korei i Chinach, byliśmy zachwyceni ! Tym razem nikt nie musiał zachęcać Jowity, żeby wypiła trochę : )

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s