Chaotyczna podróż do Nanjingu

Kolejnym etapem naszej podróży miał być Nanjing (Nankin). Widzieliśmy już Beijing (Pekin) – czyli północną stolicę (Bei oznacza północ) chcieliśmy zobaczyć również południową (ta sama etymologia występuje w Japonii. Kyoto = miasto stołeczne, Tokyo = wschodnia stolica). Z uwagi na spory dystans, postanowiliśmy znów zdecydować się na pociąg.

Nie chcieliśmy specjalnie jechać na dworzec kolejowy (w Pekinie kiedy staliśmy w kolejce do kasy żeby odebrać bilet zarezerwowany przez Internet inni podróżni wchodzili do kolejki z prawej jak i z lewej strony i nie tylko), a w przewodniku przeczytaliśmy że bilety za małą prowizją można kupować w specjalnych biurach (bilety nie są wtedy niebieskie tylko czerwone i kasuje się je u pracownika stacji a nie automatycznie). Baliśmy się, bo w okresie świąt noworocznych Chińczycy więcej podróżują i w pociągach brakuje miejsc (bilety w Chinach tak czy siak zawsze jest lepiej kupować wcześniej). Okazało się, że do Nanjingu na najbliższe dni nie ma już biletów. Stwierdziłem, że najlepiej będzie kupić bilet do miasta Bengbu położonego pomiędzy Chufu i Nanjingiem. Już mieliśmy wychodzić z biura, gdy Jowita spytała, czy nie mogliby sprzedać nam biletu z Bengbu do Nanjingu – okazało się, że nie był to problem.

Kolejny raz byliśmy skąpi i zdecydowaliśmy się na autobus (chociaż pytani po drodze młodzi Chińczycy sugerowali nam taksówkę). Do autobusu ledwo się wepchnęliśmy. Po tym jak przy pierwszej próbie drzwi przytrzasnęły mi nogę, postanowiliśmy zrezygnować i jechać następnym w naiwnej nadziei, że może byłby mniej zatłoczony, jednak kierowca, widocznie zmieszany po próbie odcięcia nogi i krzykach pasażerów postanowił czekać aż wsiądziemy. Wsiedliśmy – każde innymi drzwiami, przestraszeni że się rozdzielimy. Nasze polskie telefony nie działały, dzięki uprzejmości rodziców Ying mieliśmy chińską kartę w jednym z telefonów, ale między sobą nie mieliśmy kontaktu (dopiero później Jowita zapisała sobie nasz chiński numer na wypadek takiej sytuacji i mogłaby pożyczyć od kogoś telefon). Było tak ciasno, że zrezygnowaliśmy z próby kupienia biletu (widziałem jednak jak jakiś uczciwy Chińczyk podaje innemu pieniądze tak aby po kilkunastu takich przekazach wrócił do niego bilet).

Ostatecznie  trafiliśmy na dworzec  kolejowy. Koleje w Chinach naprawdę wyprzedzają Polskę jeśli nie o literackie „100 lat” to patrząc optymistycznie przynajmniej z 20-30. Dworce przytłaczają rozmiarem, pociągi poruszają się szybko, wszystko jest porządnie oznakowane. Niemniej na północy Chin, mają „klimat” jak w Polsce. W związku z tym nasz pociąg był opóźniony. W Chinach nie można wejść na peron przed sprawdzeniem biletu, ale w związku z opóźnieniami zrobił się chaos, pracownicy stacji wywoływali podróżnych jadących do kolejnych stacji przez megafony – naturalnie po chińsku. Co chwila do nich podbiegaliśmy i pytaliśmy czy to już nasz pociąg wymachując biletem. Ostatecznie sytuacja potoczyła się w ten sposób, że jakiś młodzieniec przekonał nas i pracowników stacji, że w sumie możemy jechać z naszymi biletami bezpośrednio do Nanjingu, ale pani na peronie zrozumiałym angielskim krzyczała do nas, że nie będziemy mieli miejsc siedzących. Potem krzyczała jeszcze, że mamy ustawić się za żółtą linią (yellow line). Ponieważ po tym, jak ustawiliśmy się za żółtą linią, krzyczała dalej, zrozumieliśmy, że chodziło jej o żółtą dziewiątkę (yellow nine). Tak, w Chinach wyraźnie oznaczone są miejsca na peronie w których znajdować się będą poszczególne wagony : )

 

Jeśli chodzi o Nanjing, do którego w końcu dotarliśmy, niestety nie poświęciliśmy wiele czasu na jego zwiedzanie, bo Jowita po oczekiwaniu na stacji w pobliżu wejścia na peron przeziębiła się i była bardzo osłabiona. Zrealizowaliśmy na szczęście najważniejszy punkt naszej wizyty w mieście – Muzeum Masakry Nankińskiej. Nie będziemy tutaj opowiadać o samej masakrze, której dokonały wojska japońskie w 1937 ale chcąc zrozumieć sposób myślenia współczesnych Chińczyków i ich, mówiąc eufemistycznie, nieufność do Japończyków warto poczytać relacje świadków tamtych wydarzeń. Muzeum było dość przygnębiające, ale w końcowych częściach ekspozycji znajdowały się ślady chińsko-japońskiego pojednania. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że pojednanie stanie się dla Azji Wschodniej rzeczywistością i przyszłością. Niestety współczesna polityka zagraniczna tych państw to raczej spory i napięcia niż uściski dłoni.

Nasz pobyt w Nanjingu miałby tylko ponury wymiar, gdyby nie nasz gospodarz, miła Chinka która używała imienia Julie. Pochodziła z dalekiego południa, z prowincji Guangdong i zajmowała się handlem. Raczyła nas tajwańskimi i chińskimi smakołykami – takimi jak suszone mięso, cukierki, tradycyjne noworoczne śniadanie – rodzaj słodkiej potrawki z malutkimi ryżowymi kuleczkami, chińskie gruszki i orzechy pistacji (zaskoczył nas słodkawy smak niesolonych pistacji, bo w Polsce jedliśmy tylko solone. Od teraz dużo łatwiej nam uwierzyć, że to naprawdę z orzechów pistacji robi się pyszne pistacjowe lody). Zabrała nas również do restauracji, w której musieliśmy czekać 15 minut na wolny stolik, ale byliśmy tak zadowoleni, że warto byłoby czekać i 3 razy dłużej. Spróbowaliśmy kilku nowych rzeczy, z których najbardziej przypadła nam do gustu zupa z owocu taro. Wspaniały był również wystrój – bardzo tradycyjny i wyraźnie kontrastujący z otoczeniem – restauracja znajdowała się w wielkiej galerii handlowej, których sporo można obecnie znaleźć w centrach chińskich miast – podobne do polskich, tylko jak większość rzeczy w Chinach – większe.

Z Nanjingu wyruszyliśmy w kolejną podróż, spotkać się ze starym znajomym.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s