Smak chińskiej gościnności

Trochę się denerwowaliśmy przed podróżą pociągiem, głównie z powodu bariery językowej. Stacja (Beijing Południowy) była bardzo nowoczesna (wyglądała bardziej jak lotnisko ), pociąg wyglądał jak rakieta i z prędkością rakiety również się poruszał (300km/h). W środku standard był całkiem niezły, chociaż w toalecie nie było mydła.

Na dworcu czekała na nas Ying ze swoim tatą. Zabrali nas do domu, gdzie czekała na nas domowa chińska kolacja – wiele dań, którymi napełniliśmy brzuchy jak bębny (pomogliśmy ją przygotować poprzez ulepienie 2 pierogów). Chcieli ugościć nas najlepszymi specjałami, a my chcieliśmy spróbować wszystkiego. Ying powiedziała nam żebyśmy spróbowali mięsa z talerza na środku stołu. Miało ciemnawy kolor. Nie było tłuste, a smak był dla nas nowy. Nasza przyjaciółka poprosiła żebyśmy zgadli co to było. Był to pies.

Zrobiło nam się trochę smutno, bo każde z nas pomyślało o swoim psie – oba w przeciągu ostatnich 3 lat zdechły. Nie mogliśmy się zmusić, żeby zjeść więcej psiego mięsa. Nie chcemy żebyście myśleli że jesteśmy hipokrytami – w Korei zajadaliśmy się wieprzowiną, zwłaszcza Jowita po pobycie w Japonii atakowała każdy kawałek mięsa jak drapieżnik. Nie uważam, że świnia jest w czymkolwiek gorsza od psa. Ying mówiła nam, że psy które hoduje się w Chinach na ubój, to inny rodzaj psów niż te które trzyma się w domach. Nasze przyzwyczajenia kulturowe ukształtowały się jednak w określonej formie i ciężko nam je przezwyciężyć. Do psiego mięsa raczej więc nie wrócimy.

Rodzina Ying obdarowała nas góra prezentów i zawiozła samochodem do bardzo ładnego hotelu w którym mieliśmy spędzić noc.  Jowita była bardzo poruszona oznaką głębokiej chińskiej gościnności. Następny dzień był dla nas źródłem ciekawych doświadczeń. Pojechaliśmy do Zhoucun. Normalnie musielibyśmy płacić za wejście, ale wślizgnęliśmy się jako część noworocznego pochodu – składał się on z przeróżnych cudaków, panów i pań poprzebieranych w bardzo fantazyjne stroje i robiących dużo hałasu za pomocą różnych instrumentów muzycznych (na pewno było dużo bębnów, ale zapamiętaliśmy, że było też dużo brzęczących dźwięków).  Oczywiście był wśród nich również smok.

Poruszaliśmy się spokojnie za pochodem, odpowiadając na rzucane w naszą stronę uśmiechy.  W pewnym momencie uczestnik pochodu zamiast iść wraz z pozostałymi członkami zatrzymał się i zapytał czy może sobie zrobić z nami zdjęcie. Gdy zobaczyli to pozostali, również chcieli z nami zdjęcie i zrobiło się lekkie zamieszanie. Na początku było nam miło, nie spodziewaliśmy się że po tych nieśmiałych prośbach nastąpi coś większego. A nastąpiło. Na koniec pochodu uczestnicy robili sobie pamiątkowe zdjęcie, a policjant nas tam stanowczo zaciągnął. Wtedy dostrzegli nas fotografowie i już nie mieliśmy spokoju. Przez pozostały czas gdy gdzieś przystawaliśmy, albo nawet gdy spokojnie szliśmy sobie po Zhoucun  pojawiało się przy nas kilku fotografów. Zwyczajni ludzie czasami już nie prosili nas o zdjęcie a po prostu przystawiali nam aparat do twarzy i robili zdjęcia. W pewnym momencie właściciel sklepiku z winem zawołał chodzących za nami fotografów i powiedział do nich coś po chińsku.  Potem zaciągnęli nas do jego sklepiku i wsadzili nam do rąk butelki, w świetle fleszy. Staliśmy się reklamą jego win! Wszystko wydawało nam się tak absurdalne…

Oprócz tego tata Ying chciał nam wszystko kupować i na co nie spojrzeliśmy już wyciągał portfel by nam to kupić. Odmawialiśmy, ale ostatecznie kupił nam tradycyjne dla miasta sezamowe ciastka (byliśmy w muzeum poświęconemu ciastkom sezamowym), a Jowicie kupił piękny jedwabny szal (nie obyło się bez kłótni ze sprzedawczynią która podniosła cenę na widok obcokrajowców). Oprócz tego  płacili za wszystkie nasze posiłki (wrócimy jeszcze do tematu płacenia za posiłki w Azji!). Czuliśmy się tą hojnością przytłoczeni. Nie chcieli nas słuchać gdy mówiliśmy, że to my zapłacimy. Ying powiedziała nam później że jej rodzice gdy usłyszeli że my przyjeżdżamy stwierdzili że pragną się odwdzięczyć za dobroć którą my okazaliśmy Ying w Polsce.

Z Ying i jej rodzicami spędziliśmy bardzo miły czas i żal było wyjeżdżać. Chętnie zostalibyśmy dłużej ale Ying miała samolot nad ranem, wracała do Daegu. Nasza podróż po Chinach nie była dokładnie zaplanowana dlatego zastanawialiśmy się gdzie powinniśmy się udać. Stanęło na mieście Konfucjusza. O 8 rano przyjechali pod hotel rodzice Ying, która w tym czasie była na lotnisku. Pomimo, że się wzajemnie nie rozumieliśmy udało nam się zamienić kilka słów. Zawieźli nas na dworzec autobusowy gdzie kupili nam bilety, zaprowadzili na peron, wsadzili do autobusu i poinformowali kierowcę oraz pasażerów gdzie się udajemy i by powiedzieli nam kiedy mamy wysiąść. Oprócz tego mieliśmy przy sobie kartkę na której była napisana nazwa naszej stacji: 曲阜

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s