Welcome to China!

Chiny przywitały nas stresem. Lecieliśmy liniami China Southern, początkowo było zadowalająco. Dostaliśmy nawet ciepły posiłek. Jednak do czasu… Z reguły nie boje się latać, ale gdy rozpoczęły się największe turbulencje jakie kiedykolwiek miałam „przyjemność” doświadczyć nie czułam się przyjemnie. Przywitałam znajome uczucie adrenaliny i rozpoczęłam analizowanie sytuacji w poczuciu strachu. Przede wszystkim myślałam z przerażeniem jak drogi byłby przewóz naszych zwłok (jakbyśmy się rozbili w morzu, to chyba by nas nie wyławiali?) i jak smutno byłoby naszym rodzicom. Cały dramatyzm opadł wraz z wylądowaniem na pekińskim lotnisku.

Poszliśmy na autobus i zaczęło się.  Wielki chaos, tłum ludzi i język którego nie rozumiemy. Byłam na kursie chińskiego z chińską nauczycielką a oprócz tego spotykałam się z Chinką, którą uczyłam polskiego a ona mnie chińskiego – tzw. tandem. Było to jednak dwa lata temu, a nieużywany język się zapomina (wiemy to na przykładzie francuskiego którego obydwoje uczyliśmy się trzy lata a teraz umiemy się tylko przedstawić). Choć rok dość intensywnej nauki to na komunikatywny chiński i tak za mało!

Udało się nam wedrzeć do przepełnionego autobusu i wysiedliśmy przy głównym dworcu kolejowym, ponieważ niedaleko miał być nasz hostel.  Nie mieliśmy problemu ze znalezieniem go, bo zobaczyliśmy go już zza okna autobusu. W hostelu pierwsze co zrobiliśmy to poprosiliśmy o kabel do Internetu, ale spotkaliśmy się z utrudnieniami. Pani która przyniosła nam kabel mówiła do nas po chińsku. Ostatecznie jakoś udał nam się zrozumieć, że musimy zapłacić 100 yuanów depozytu (50zł) i wpisać numer paszportu. Nastąpiła nasza pierwsza próba obejścia chińskiej cenzury i udało nam się. Cel osiągnięty – zalogowaliśmy się na facebooka 😉

Niedługo potem wyszliśmy z hostelu i poszliśmy na dworzec odebrać bilety które kupiła nam przez Internet Ying – wspomniana przeze mnie wcześniej koleżanka, z którą uczyłam się chińskiego.  Ponadto byliśmy umówieni  pod dworcem z kolejnym znajomym, który również studiował w Polsce. Chen zapytał nas co chcemy zobaczyć w Pekinie i to było bardzo dobre pytanie. Mieliśmy tylko niecałe 24 godziny na Pekin, ponieważ następnego dnia mieliśmy jechać w odwiedziny do Ying która w Chinach miała być tylko jeszcze dwa dni (potem wraca do Korei,  gdzie studiuje.  Akurat tak się złożyło, że gdy do Korei przylecieliśmy jej już nie było). Chcieliśmy zobaczyć chiński mur (ok. 70 km od Pekinu), jednak doszliśmy do wniosku, że nie uda nam się ponieważ nie mamy na to wystarczająco czasu. Owszem, moglibyśmy próbować następnego dnia rano (pociąg do rodzinnego miasta Ying, Zibo mieliśmy o 17) ale wiązało by się to z dużym stresem. Postanowiliśmy więc zobaczyć jak najwięcej w Pekinie. Chen i jego kolega Liu, który również studiował w Sopocie, ale pierwszy raz spotkaliśmy się z nim w Pekinie zabrali nas na PlacTian’anmen. Było tam bardzo dużo ludzi, ale to nic dziwnego. W samym Pekinie mieszka 20 milionów ludzi, czyli prawie tyle co pół Polski.

Następnie udaliśmy się na pierwszy chiński posiłek. Jedliśmy różne smakołyki (m.in. korzenie lotosu z grzybami, kawałki wieprzowiny w słodkim sosie i szpinak z orzeszkami ziemnymi) ale najważniejszym daniem była Kaczka po pekińsku! Podano nam ją na trzech półmiskach – na jednym skórki, na drugim mięso ze skórą, na trzecim samo mięso. Wszystko popijaliśmy chińską wódką (Baijiu). Ma silny aromat, momentami wydawało się, że wręcz zbyt silny i 53% alkoholu. Na swój sposób przypomina śliwowicę.  Nasi gospodarze byli bardzo rozmowni, zadawaliśmy tyle pytań o Chiny, że większości nie pamiętamy. Nasi rozmówcy potwierdzili jednak, że mamy pewne powody do niepokoju, ponieważ nasz pokój w hostelu był na 4 piętrze (najbardziej pechowa cyfra dla Chińczyków, bardzo często w ogóle rezygnują z 4 piętra i po 3 od razu jest 5). Druga sprawa, właśnie zaczął się chiński nowy rok – rok konia. Ponieważ oboje urodziliśmy się w 1990, również roku konia, myśleliśmy że to oznacza, że nowy rok ma być dla nas szczęśliwy. Tymczasem, dowiedzieliśmy się że rok konia dla ludzi urodzonych w roku konia oznacza, że muszą być ostrożni.

Nie wierzymy w przesądy, ale faktycznie w Pekinie szczęście nie dopisywało nam za bardzo. Pierwszego dnia był stres. Nie mogliśmy znaleźć miejsca gdzie mieliśmy spotkać się z kolegami – Jakub po krótkim spojrzeniu na plan dworca kolejowego, był głęboko przekonany, że wyjście do którego musimy dojść znajduje się po przeciwnej stronie torów kolejowych. Żeby wejść do budynku dworca trzeba było okazać bilet na pociąg. W ten sposób rozpaczliwie szukaliśmy przejścia na drugą stronę dworca próbując uzyskać od Chińczyków jakieś informacje na ten temat. Rozmawianie z Chińczykami nie po chińsku było trudne. Ostatecznie, miły pan pożyczył nam swój telefon i skontaktowaliśmy się ze znajomymi. Okazało się, że wszystkie wyjścia były po tej samej stronie torów. Drugiego dnia, zrezygnowawszy już ze smutkiem z muru chińskiego, postanowiliśmy chociaż zobaczyć słynne Zakazane Miasto. Wydawało nam się jednak, że tylko Zakazane Miasto, to trochę mało, więc postanowiliśmy wcześniej szybko zwiedzić Świątynię Nieba. Wszędzie było dużo chińskich turystów – zapewne mieli wolne w związku z chińskim nowym rokiem (świętują 2 tygodnie!). Okazało się że w świątyni trzeba kupić po kolei dwa bilety – pierwszy tylko żeby przejść się dookoła. Ponieważ do drugiej kasy była kolejka, a nam już wówczas brakowało czasu, uciekliśmy stamtąd żeby zdążyć do Zakazanego Miasta. Tam kolejka przerosła nasze wyobrażenia i zgrzytając zębami stwierdziliśmy, że zakazane miasto pozostanie dla nas ZAKAZANE.

Byliśmy umówieni z Chenem i Liu i nie chcieliśmy kazać im na siebie czekać. Wspaniali Chińczycy kolejny raz uratowali nasz dzień – zabrali nas do tybetańskiej, lamaistycznej świątyni (Yonghegong)– była bardzo interesująca. Najciekawszym wrażeniem było obserwowanie Chińczyków palących kadzidła podczas gdy w około słychać było wybuchające petardy. Liu zawiózł nas na dworzec, który bardziej przypominał lotnisko niż stację kolejową. Ying wcześniej zarezerwowała nam bilet do swojego rodzinnego miasta – Zibo. Tam też się udaliśmy.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s