Daegu

Nasza pierwsza myśl o Daegu wiązała się z faktem, że właśnie z uniwersytetu w Daegu (Kyungpook National University) przyjeżdżali do nas do Gdańska studenci z wymiany : ) Poza tym, jak zwykle w Korei – nie za bardzo wiedzieliśmy czego się spodziewać.

Kolejny raz spaliśmy u Amerykanina, nauczyciela angielskiego. Jason nie miał dla nas zbyt wiele czasu, ponieważ każdego dnia pracował do późna, ale w wolnych chwilach opowiadał nam bardzo ciekawe historie ze swoich podróży – był m.in. w Ameryce Łacińskiej, gdzie przeżył napad w Rio de Janeiro i niespokojne noce w odgłosach strzelanin na ulicach i w Afryce, gdzie znalazł się w trakcie okresu polowania na ludzi o białej skórze – bynajmniej nie związanego z rasizmem, ale z magią miejscowych czarodziejów, którzy z ciał ludzi o białej skórze (przede wszystkim murzynów-albinosów) przygotowywali całą gamę magicznych produktów.

Z pomocą metra (fenomenalne bilety w kształcie żetonów do pokera, na szczęście nie jesteśmy hazardzistami więc używaliśmy ich tylko w charakterze biletów) zwiedziliśmy miasto – najwięcej uwagi przykuło nieduże, choć całkiem ciekawe Muzeum Historii Najnowszej Daegu (znów darmowe) i park Dalseong. Nie mieliśmy pojęcia, że w parku znajduje się ZOO (także darmowe). Początkowo stwierdziliśmy, że kolejny raz Korea zaskoczyła nas pozytywnie – niestety szybko zmieniliśmy zdanie. Niektóre zwierzęta miały mniej lub bardziej wystarczającą przestrzeń, natomiast inne – zwłaszcza 2 wielkie wilki i kilka kojotów, znajdowały się w małych klatkach, które od razu budziły skojarzenia z więziennymi celami. Zwierzęta wyglądały bardzo smutno w tak ograniczonej przestrzeni, chodziły tam i z powrotem budząc w nas poczucie gorzkiej litości.Chcielibyśmy napisać do kogoś kto może coś zrobić w sprawie zwierząt z parku Dalseong, póki co, nie wiemy jeszcze do kogo…

Wieczorem udaliśmy się na spotkanie z Choi –dziewczyną której kilka lat wcześniej opowiadaliśmy w Sopocie o naszych ślubnych planach – wciąż nas pamiętała : ) . Razem z koleżankami, Choi przygotowała dla nas drink z soju, piwa i napoju gazowanego. Było wspaniałe barbecue a potem babska rozmowa, o tym, że chińscy mężczyźni są bardziej otwarci od koreańskich i mówią kobietom co czują (oczywiście w trakcie wyszedłem do toalety, żeby dać kobietom swobodę wyrażania swoich myśli). Innego wieczoru w Daegu spotkaliśmy się z kolegą, który podczas studiów w Polsce przedstawiał się wszystkim jako „Jerry” – bo jego koreańskie imię brzmi całkiem podobnie (Azjaci czasami wybierają sobie nowe, „zachodnie” imiona, zapewne głównie żeby ułatwić życie innym). Było nam bardzo miło usłyszeć jak ciepło wspomina on pobyt w naszym kraju.

Kolejnego dnia wybraliśmy się do Gatbawi – Buddyjskiego miejsca kultu na szycie góry Palong (Palongsan). Było nam troszkę wstyd, że jesteśmy zupełnie pozbawieni kondycji – 80 letni Koreańczycy wchodzili pod górę szybciej od nas 😉 . Po drodze mijaliśmy świątynie buddyjskie (bardzo rzucającym się w oczy symbolem jest swastyka). Widzieliśmy Koreańczyków oddających pokłony i klękających przed posągiem Buddy. Z głośników rozlegał się monotonny modlitewny śpiew. Tradycyjną religią Korei jest szamanizm, natomiast później kraj przyjął buddyzm, następnie konfucjanizm, a obecnie w Korei Południowej występuje najwyższy procent Chrześcijan – w wielu miastach widzieliśmy bardzo dużo kościołów (najbardziej rzucały nam się w oczy chyba zwłaszcza w Daegu). Być może rozwój chrześcijaństwa związany był z wpływami amerykańskimi w okresie zimnej wojny. Wszystkie wierzenia łączą się z głębokim szacunkiem dla starszych – podczas księżycowego nowego roku (koreańskiego nowego roku, który obchodzony jest równocześnie z chińskim nowym rokiem, jednak bez ogromnej ilości fajerwerków i innych źródeł hałasu) Koreańczycy oddają hołd swoim przodkom. Inną tradycją jest obdarowywanie się jedzeniem – tak wytłumaczono nam później, dlaczego na Gatbawi Koreanka dała nam ciastka ryżowe a na dworcu kolejowym starszy pan wręczył nam przynajmniej 10 mandarynek.

Bywa, że piszemy o alkoholach, ale nie chcemy dawać nikomu złego przykładu – zwykle pijemy napoje bezalkoholowe. W Daegu spróbowaliśmy kilku ciekawych – na przykład miód z żeńszeniem, zielony napój z aloesu i zieloną herbatę latte (Jowita piła już w Japonii zieloną herbatę na „1000 sposobów”, dla mnie to była nowość). Żeńszeń stanowi jeden z tradycyjnych produktów eksportowych Korei, temu korzeniowi tradycyjna wschodnioazjatycka medycyna przypisuje rozmaite lecznicze właściwości. Poza tym, w Korei – podobnie jak w Japonii – rozpowszechniona jest sprzedaż ciepłych napojów w szklanych i plastikowych butelkach, kilka razy kupiliśmy sobie ciepłe mleko sojowe.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s