Busan

Następnego dnia, 24 stycznia, obudził nas zapach smażonego boczku. Patrick zrobił nam śniadanie, jajecznica, boczek i tosty. Smakowało wyśmienicie, tym bardziej że ja przez ostatnie 3 miesiące każdego ranka na śniadanie jadłam ryż. Pobyt w Korei był świeżo po moim pobycie w Japonii i deficycie mięsa.  (Moja japońska rodzina rzadko jadła mięso, gdy przyjechałam do Tokyo by zobaczyć się z bratem pierwsze co zrobiłam to poszłam do konbini i kupiłam trzy parówki na patyku) . Także na widok mięsa pojawiał się wielki uśmiech na mojej twarzy (ale ze mnie dzikus!).

 

Po długim śniadaniu, powolnym piciu kawy i ciekawych rozmowach wyszliśmy z mieszkania Patricka, pojechaliśmy zobaczyć chińską dzielnicę, która w dużej części była też rosyjska. Później zmierzaliśmy do mieszkania kolejnego Amerykanina, który zaprosił nas na lunch. William również był nauczycielem angielskiego a w Korei jest już od 15 lat! Przez ten czas zdążył opanować koreańską kuchnię.  Po pysznym posiłku pojechaliśmy na górę (której nazwy niestety nie pamiętamy, ale postaramy się w najbliższym czasie uzupełnić) skąd rozciągał się widok na Busan. Dopiero z góry można było zobaczyć jak duże jest to miasto. Porobiliśmy zdjęcia (nawet ze specjalnej maszyny, za darmo!) i zjechaliśmy na dół. William jechał na zajęcia, ale zostawił nas przy plaży Gwangalli. Stamtąd mieliśmy widok na most Gwangan, zwany też diamentowym.

Wieczorem umówieni byliśmy z Koreańczykiem, który napisał do nas wiadomość na couchsurfingu (ponieważ ja umieściłam informacje na forum Busanu, że jesteśmy i czy ktoś chciałby się z nami spotkać).  Lee zabrał nas na nasze pierwsze koreańskie barbecue. Oczywiście nie muszę pisać jak zadowolona byłam (mięsooooo!).  Najlepsze w tym jest to, że mięso najpierw smaży się a potem kroi (nożycami) samemu. Było również wiele przystawek takich jak liście sezamu w które można zawinąć mięso, kimchi itp. Oraz zielone papryczki. Wyglądały niewinnie więc skusiłam się na jedną. Zamoczyłam ją w specjalnym sosie i spałaszowałam ze smakiem. Dopiero po chwili zaczęło dochodzić do mnie, że popełniłam wielki błąd. Zabrakło mi tchu i czułam jak palą się moje wnętrzności. Po policzkach zaczęły lecieć mi łzy. Nie było obok mnie wody więc sięgnęłam po nalany mi uprzednio kieliszek SOJU.

Soju to koreańska wersja wódki – choć zwykle nieco słabsza i słodsza. Nie pali wnętrzności jak ostre koreańskie potrawy, ale wieczorny spacer ulicami Busanu przekonuje, że soju niejednemu potrafi zakręcić w głowie. Nie znaczy to, że mieszkańcy Korei są „słabi” w piciu. Przeciwnie, Koreańczycy których spotkaliśmy w Korei Południowej całkiem nieźle radzili sobie z konsumpcją alkoholu, staraliśmy się kontrolować i to oni narzucali nam tempo picia. Zaciekawił nas tradycyjny sposób nalewania soju – butelkę trzyma się prawą dłonią, lewą dłonią podtrzymując prawy łokieć. Podobno jedną ręką nie wypada! Po barbecue z soju poszliśmy jeszcze do baru na piwo, gdzie jedliśmy słodkie wafle o smaku ryby – zaskakująco wszystkim smakowały!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s