Hello South Korea!

20 stycznia wylądowaliśmy w Seulu. Kiedy jechaliśmy do centrum za oknami było biało z powodu mgły i śniegu. Nasz hostel był bardzo blisko dworca głównego. Przytulny, i bardzo ciepły. W Korei mieszkania ogrzewają od podłogi a prysznic znajduje się w tej samej część co toaleta, nie ma kabiny więc wszystko później jest mokre. Byliśmy dość głodni więc rozglądaliśmy się za czymś do zjedzenia. Po koreańsku znałam tylko dwa słowa- Anyounghaseyo (dzień dobry!) i kimchi (kiszone warzywa, najczęściej kapusta).

Więc gdy znaleźliśmy restauracje w której siedzieli ludzie i wyglądała tanio (to zawsze pomaga przy wyborze jadłodalni!) powiedziałam te słowa i usiedliśmy. Kelnerka, która po angielsku nie mówiła przyniosła nam kilka talerzy a my zadowoleni już zamierzaliśmy zjadać gdy na stół przyszła jeszcze wielka patelnia, która została umiejscowiona na środku stołu gdzie znajdował się palnik. Takiej wielkiej porcji się nie spodziewaliśmy. Nie spodziewaliśmy się również, że kimchi będzie tak pikantne! Mimo wszystko byliśmy głodni, więc nie grymasiliśmy. Zapłaciliśmy za to około 10 tysięcy wonów-czyli niecałe 30 zł.

Następnego dnia zwiedzaliśmy Seul. Poruszaliśmy się metrem, co było łatwe bo nazwy stacji były również w alfabecie łacińskim. Na stacjach zaskoczyły nas zestawy ekwipunku przeciwgazowego/przeciwatomowego/na koniec świata. Wieczorem do hostelu przyszedł Kuba i od razu poszedł spać, bo był zmęczony kilkunastogodzinną podróżą i anginą z którą przyleciał.

22 stycznia poszliśmy na dworzec skąd odjeżdżał nasz pociąg do Busanu. Bilety kupiliśmy dzień wcześniej w automacie. Zdecydowaliśmy się na pociag Mugunghwa ponieważ był dwa razy tańszy od KTX (szybkich pociągów które zasuwają 300 km/h). Oczekiwaliśmy, że skoro jedziemy tanim pociągiem warunki nie będą ciekawe, ale nic bardziej mylnego! Mieliśmy bardzo wygodne siedzenia, dużo miejsca na nogi a Pan konduktor się nam kłaniał (i nie sprawdzał biletów).

W Busanie mieliśmy udać się do mieszkania naszego hosta. Napisał nam jak tam dojechać, ale widocznie coś pomyliłam bo nie wysiedliśmy na odpowiedniej stacji. Zapytałam młodego Koreańczyka czy wie jak tam się dostać i zaczął sprawdzać na google maps w swoim telefonie, zajmowało mu to dużo czasu więc zapytałam czy możemy zadzwonić (W Korei nie ma sieci gsm dlatego nasze telefony nie działają) i przez telefon Patrick nasz host powiedział że musimy się cofnąć o jedną stację. Koreańczykowi daliśmy krówki w podzięce. Ludzie tutaj w porównaniu z Japonią są bardziej otwarci na obcokrajowców, podchodzą, przedstawiają się, pytają skąd jesteśmy. Kubie jeden pan powiedział że jest przystojny, drugi zaprowadził go pod sam hostel. Norbertowi gratulowali brody 😉 .W metrze gdy stoimy pokazują nam miejsca, byśmy usiedli. Nasz host Patrick był Amerykaninem pracującym w Busanie jako nauczyciel angielskiego. Posiedzieliśmy z nim chwilę i wyszliśmy zwiedzać miasto, Patrick szedł na lekcje.

Pojechaliśmy metrem na market rybny Jagalchi. Wybór ryb był przeogromny, na pewno rankiem było ich jeszcze więcej. Znajdowały się tam stoiska z wciąż żywymi rybami w akwariach. Można było wybrać rybkę, którą na twoich oczach zabijają i przyrządzają. Nawoływali nas mówiąc że mają stoły J Jakoś na rybę nie mieliśmy ochoty i szukaliśmy czegoś do zjedzenia w uliczkach obok. W Busanie tak jak i w Seulu i podejrzewamy że w całej Korei bardzo dużo jest ulicznych budek z jedzeniem. Przeważnie parówki, szaszłyki, czasem larwy.

Gdy zdecydowaliśmy się już na miejsce – dostaliśmy menu z obrazkami. Ja z Norbertem zamówiliśmy rosół z owocami morza a Kuba makaron z pastą z czarnej fasoli. Obawialiśmy się że porcje będą małe (a my przecież taacy głodni) więc zamówiliśmy plus size, który był tylko 1000 wonów droższy. Cóż, nie pomyśleliśmy że Koreańczycy zamawiają jedną miskę na kilka osób. Potrawy stawia się na środku i każdy sobie nakłada. Chwilę później dostaliśmy ogromne talerze. Po raz kolejny dziwiliśmy się jak tanie jest jedzenie w Korei. I po raz kolejny doceniliśmy darmową wodę (pikantne!!). Można również było dokładać sobie rzodkwi i cebuli do woli.

W Busanie ucieszyło nas słońce, było ciepło, o wiele cieplej niż w Seulu. Jest to drugie miasto pod względem liczby ludności w Korei. Mieszka w nim 3,5 mln ludzi. Mimo wszystko nie ma w nich tak dużo wysokich budynków jak w Seulu i dlatego wydaje się przytulniejsze. Na ulicach w donicach jest kapusta zamiast kwiatów. Bardzo oryginalne, zawsze można zrobić kimchi 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s