Tokio, dzień pierwszy

Po przylocie musiałam przejść procedurę imigracyjną. Każdy pracownik siedział w białych maseczkach chirurgicznych. Czytałam już o tym wcześniej, ale zobaczyć to na żywo było jeszcze ciekawsze. Już w samolocie lecieli Japończycy w maseczkach. Pobrano moje odciski palców, zrobili zdjęcie (w ramce w kwiatki), musiałam podpisać, że nie przewożę niedozwolonych rzeczy (nie pamiętam nawet jakie rzeczy były tam wypisane), napisać ile mam przy sobie pieniędzy, gdzie zostaję i na jak długo. W Japonii bez wizy można być 90 dni, i tyle wpisałam. Zaraz potem poszłam do toalety…

Ubikacje japońskie mają bardzo dużo przycisków, które w większości służą do uruchamiania wody, która powinna nas podmywać. Można ustalać prędkość, temperaturę.. Muszla jest podgrzewana i można nawet włączyć muzykę imitującą spuszczanie wody! Potem udałam się na metro, gdzie kupiłam kartę SUICA. Można ją bardzo łatwo doładowywać. Zapłaciłam za nią 2000 yenów, i starczyło mi na przyjazd z lotniska Narita do centrum, przesiadkę na metro do innej stacji i autobus. Myślę, że zapachem który będzie przypominał mi o Japonii będzie zapach czystości, ponieważ wszędzie pachnie środkami czystości – ale w całkiem przyjemny sposób.

Na stacji Minami-senju czekał na mnie Toshi. Japończyk mieszkający na stałe w Anglii. Do Tokio przyleciał w ramach podróży służbowej. Zaprowadził mnie do mojego hotelu. Asakusa Hotel Fukudaya. Był to najtańszy hotel w Tokio, za trzy noce w prywatnym pokoju zapłaciłam 8190 ¥ (czyli 255 zł). W moim pokoju znajdowała się podłoga tatami i tradycyjny japoński materac futon oraz telewizor (do oglądania japońskich teleturniejów!). Miałam również szlafrok i klapki (do pokoju trzeba wchodzić bez butów).

Toshi zaprowadził mnie do restauracji, która wyglądała bardzo tradycyjnie. Przed wejściem trzeba było ściągnąć buty i wsadzić je do szafki. Menu było po japońsku ale miałam przecież przy sobie Japończyka, który mi wszystko wytłumaczył. Zamówiliśmy miskę przeróżności (ja to tak nazwałam). Znajdował się w niej ryż, ośmiornica, tuńczyk, łosoś, ikra i jajko. Do tego dostaliśmy zieloną herbatę w termosie, zupę miso, grzybki i sałatkę. Gdy tak siedziałam tam, a wokół mnie słyszałam język japoński, niedaleko siedzieli nawet Japończycy w kimonach.. poczułam się bardzo dziwnie. Czułam się jak we śnie. Myślałam, że to nie jest prawda i że jest to bardzo realistyczny sen. Być może było to spowodowane również tym, że nie spałam od około 30 godzin.. Toshi śmiał się ze mnie, ale ja naprawdę myślałam że śnię. Nie będę pisać jak dobre było to co jadłam, miałam ochotę się rozpłakać. Spełniało się właśnie moje wielkie marzenie.

Poszliśmy z Toshim do świątyni Senso-ji. Było tam bardzo dużo stoisk z jedzeniem, zabawkami i przeróżnymi rzeczami. Spróbowałam tam słodkiego sake. Zapłaciliśmy nawet 100 yenów za wróżbę. Trzeba było potrząsnąć metalowym pudełkiem pełnym patyczków z numerem. Numer, który się wyciągnie trzeba znaleźć w szufladzie i stamtąd wyciągnąć wróżbę. Jeżeli jest zła- trzeba ją przywiązać przy świątyni z prośbą by się nie spełniła, a jeśli jest dobra można wziąć. Ja miałam dobrą- taka, że sytuacja w której się znajduje jest czysta jak księżyc 😉 Toshi pomógł mi również znaleźć adapter do kontaktu japońskiego, chodziliśmy po różnych sklepach – dzięki temu mogłam przyjrzeć się co znajduje się na półkach w sklepie. A na koniec dnia odprowadził mnie do hotelu i poszedł, następnego dnia miał lot do Londynu. Jestem mu bardzo wdzięczna, dzięki niemu nie byłam sama pierwszego dnia w wielkim Tokio i spędziłam miło dzień!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s